GORY.wyd.pl
ReklamaRejestracjaBiuletynKlipyNapisz do nas
reklamarejestracjabiuletynklipynapisz do nas
GÓRY:NowościWspinaczkaAlpinizmTurystykaPoradySzpejRóżnościArchiwumGaleriaKontakt
 

Davo Karničar

człowiek, który zjechał na nartach z Everestu

Na stokach Everestu
wiek: 38 lat
znak zodiaku: skorpion
narodowość: Słoweniec
zawód: narciarz
rodzina: żona - Carmen 37 lat, dzieci - Anja 17 lat, Aljaz 15 lat, Dorotea 9 lat
adres: 4206 Jezersko 57, Słowenia
e-mail: karnicar@siol.net
dewiza życiowa: Jeśli wiesz, co masz w życiu do zrobienia - zrób to!

    GÓRY: Widzimy się nie po raz pierwszy, również czytelnicy GÓR zapewne coś niecoś o Tobie wiedzą.

DAVO: Cieszę się z ponownego naszego spotkania.

    Na wstępie serdecznie Ci gratuluję udanego zjazdu!

Na szczęście udało się.

    Tradycyjnie, przy okazji takiego wywiadu, powiedz coś o swoim dzieciństwie i młodości.

Pochodzę z małej wioski Jezersko, leżącej w dolinie nad jeziorem, wciśniętej pomiędzy Alpy Kamnickie i Karawanki. Moi rodzice przez całe lata byli dzierżawcami schroniska Česka koča, położonego na wysokości około 1500 m.

reklama
Ojciec Andrej gospodarzył tam blisko 40 lat, a mama była w schronisku przez 15 lat. Tak więc dzieciństwo upłynęło mi w górach i na śniegu.

    Jesienią 1994 narodził się projekt EVEREST?

Annapurna jeszcze wtedy nie była zrobiona. Projekt EVEREST właściwie się narodził z chwilą zjazdu mojego brata Luki z przełęczy Piku Komunizma w Pamirze. W Słowenii dopiero na dobre rozpoczynał się ruch, który później otrzymał nazwę ski-alpinizm.

    W tym czasie, gdy Twój brat Drejc był z Tomazinem na Shisha Pangma, Ty usiłowałeś dokonać zjazdu z K-2.

Splot okoliczności zrządził, że do zjazdu nie doszło. Narty pozostawione pod szczytem mi "wywiało". Wtedy byłem zrozpaczony. Ale chyba jeszcze w tym czasie nie dojrzałem do tego zjazdu. K-2 dał mi dobrą szkołę, w tym sensie, że wiele o sobie i o narciarstwie himalajskim w czasie tej wyprawy się dowiedziałem.

    Potem była Annapurna.

Na wiosnę 1995 roku zjechaliśmy z bratem ze szczytu Annapurny do bazy. To był sukces narciarstwa himalajskiego, niestety okupiony amputacjami palców u nóg Drejca.

    Krótko po amputacji miał nadzieję, że weźmie udział w wyprawie narciarskiej na Everest.

Niestety nie stało się to możliwe. Mimo, że technicznie był w stanie uprawiać alpinizm i narciarstwo, nawet "ekstremalne", to jego okaleczone nogi już nie znosiły niskich temperatur występujących na dużych wysokościach.

    A więc sam podjąłeś się zjazdu na północną stronę Everestu?

Doszedłem do wysokości 8200 m, zaczęło wiać i poczułem, że coś nie jest najlepiej z palcami u prawej ręki. Wbiłem narty i zacząłem schodzić. Lekarz nie pozwolił mi wracać, natychmiast wysłał mnie do Lublany. Ale i tak część 2 palców straciłem... W tym czasie na Górze rozszalało się piekło. Zginęło wtedy ośmiu uczestników wypraw komercyjnych. Ja miałem szczęście.

    Dwa lata później podjąłeś próbę zjazdu z Dhaulagiri.

To była wyprawa "młodzieży" himalajskiej pod przywództwem starych "wyjadaczy" ćkarji i Groçlja. Mój zjazd miał być tylko jedną z "atrakcji". Wyprawa na Dhaulagiri była udana, na szczyt wyszło 7 młodych himalaistów. Obyło się bez wypadków. Na wysokości około 7700 m. poczułem, że coś niedobrego dzieje się z moim sercem. Lewa ręka zaczęła mi cierpnąć. Miałem kłopoty z oddychaniem i czułem się, jakby mnie ktoś w łeb zdzielił. W półśnie pojawił się mój nieżyjący brat i rozkazał: "uciekaj z tej góry". Ubrałem się, przypiąłem narty i... zjechałem do bazy. Tyle było mojego zjazdu z Dhaulagiri.

    Przejdźmy teraz do obecnej wyprawy na Everest.

Najbardziej dały mi się we znaki przygotowania. Z przygotowań zaś najwięcej czasu i nerwów straciłem na starania o finansowanie całego projektu. Preliminarz z grubsza opiewał na 700 000 DEM. Gdybym nie znalazł prywatnej osoby, przedsiębiorcy, który wydał na wyprawę pół miliona marek, nie wiem jak byśmy wyglądali. Przede wszystkim jemu jestem najbardziej zobowiązany.

    Kim jest ten dobroczyńca?

Jest właścicielem agencji reklamowej PRESTIGE, która kupiła i jest wydawcą czasopisma górskiego "Grif".

    W nazwie wyprawy jest "wmontowane" logo SI.MOBIL.

Telefonia komórkowa pokryła dużą część pozostałej sumy. Niestety wszystkie pieniądze od darczyńców przechodziły przez konto, księgowość i kasę PZS (Planinska zveza Slovenije), która pobierała 25%(!) prowizji od wszystkich kwot, które wpłynęły na wyprawę.

    Zajmijmy się teraz przyjemniejszą częścią wyprawy, zdobyciem Everestu i zjazdem z niego.

Zanim zacznie się wchodzić na górę, trzeba stopniowo stawiać obozy wysokościowe, wyposażyć je, kluczowe miejsca zaporęczować. Na Evereście od południa należy jeszcze "uzbroić" lodospad na lodowcu Khumbu w drabiny. Ponieważ oprócz naszej wyprawy działały jeszcze dwie koreańskie, Koreańczycy wykonali część prac, takich jak uzbrojenie lodospadu i pewna część poręczowania. Szczególnie ucieszyło nas zdobycie szczytu przez pięciu Koreańczyków, gdyż pozwoliło nam od obozu IV (7950 m.) na Przełęczy Południowej wspinać się po ich śladach. No, ale to już było później. Najpierw żmudna aklimatyzacja, wspinanie się do kolejnych obozów i spędzanie nocy coraz wyżej. W obozie IV w czasie snu oddychaliśmy tlenem.

    Więc jednak używaliście tlenu na górze. Musiałem coś w euforii po Twoim zjeździe z Everestu pokręcić, bo przekazałem do redakcji GÓR pierwszą wiadomość o sukcesie na Evereście, dodając: "oczywiście bez użycia tlenu".

To jest nieporozumienie! Może wynikło z tego, że znałeś nasze początkowe plany. W rzeczywistości tlen był nam pomocny w noclegu na Przełęczy Południowej, również wyjście na szczyt było wspomagane tlenem. Doświadczony himalaista, jakim jest Viki Groçelj, radził mi, abym koniecznie użył tlenu, jeśli nie chcę się odmrozić. W czasie naszej akcji na Evereście Hiszpan Jesus Martinez Novas zdobył bez tlenu Lhotse (prawie pięćset metrów niższy od Everestu) i ciężko się poodmrażał. Również początek zjazdu, aż do Wierzchołka Południowego odbyłem w masce tlenowej na twarzy. Później ją odrzuciłem, gdyż ograniczała mi pole widzenia.

    A więc po kolei. Kiedy wyszliście na szczyt?

Schemat zjazdu Z bazy (5340 m) wyruszyliśmy z Francem Oderlapem i Szerpami: Angiem Dorjee - sirdarem i Pasangiem Tseringiem w środę 4 października, wczesnym rankiem. Wczesnym popołudniem byliśmy w obozie II (6490 m). W czwartek 5 października osiągnęliśmy obóz III (7300 m). W piątek 6 października musieliśmy znowu zdobywać wysokość, przeszliśmy Żółty Stopień, przetrawersowaliśmy Żebro Genewskie i po południu osiągnęliśmy Przełęcz Południową. Tym razem była przysypana śniegiem. Działało to na mnie optymistycznie. Na Przełęczy postawiliśmy wspólnie z Szerpami namiot obozu IV i przez dwie godziny napychaliśmy się. O piątej po południu zawinęliśmy się z Francem w jeden śpiwór (oszczędzaliśmy na wadze) i podłączeni do tlenu przespaliśmy 3 godziny. Potem przez dwie godziny przygotowywaliśmy się do wyjścia.Wyszliśmy o godzinie 22:30, panowały idealne warunki. Nawet Stopień Hillarego nia sprawiał trudności. O godzinie 6:45 w sobotę, 7 października stanęliśmy na Szczycie. Jasno i piekielny mróz! Przez godzinę fotografowaliśmy, cieszyliśmy się jak dzieci. W końcu ja musiałem przygotować się do zjazdu. Bałem się wychłodzenia, nie miałem też pewności jak w tym mrozie zachowają się plastykowe części wiązań.

    Jak przebiegał zjazd?

Zjazd rozpocząłem jak gdyby samoistnie. Jednak Stopień Hillarego wyostrzył uwagę. Już samo przewspinanie się przezeń stanowiło pewien problem, a tu dodatkowo stresuje człowieka ekspozycja. Wpiąłem karabinek w poręczówkę i zacząłem się ześlizgiwać, uważając na wszystkie te poręczówki, żeby się w nie nie zaplątać. Potem ostrożnie przestąpiłem na śnieżną stromiznę o szerokości półtora metra, utworzoną z nawianego śniegu, towarzyszącą pasowi skałek. Po niej trochę szybciej się ześliznąłem, choć w sposób w pełni kontrolowany i "walnąłem" w małą przełaczkę. Wypiąłem się z tej, trochę iluzorycznej, asekuracji i rozpocząłem zjazd bardzo stromą i "wyostrzoną" granią w kierunku Wierzchołka Południowego. Grań ta nie tylko była ostra, była też skrajnie eksponowana na obie strony, a do tego drobnoziarnisty, suchy śnieg usuwał się spod nart przy każdej próbie obciążenia ich. Musiałem leciutko się obsuwać, a na sam Wierzchołek Południowy jeszcze podejść jakieś pięć metrów. To było trudne 200 metrów! Pozostała trójka nadążała za mną. Trochę się odprężyłem. Poczułem się odpowiedzialny sam za siebie i zacząłem wykręcać krótkie skręty na stromym stoku. Wprawdzie miałem zjeżdżać bez tlenu, ale zorientowałem się, że dodatkowy tlen umożliwia zachowanie trzeźwości umysłu. Dopiero po pokonaniu około 40 m stoku Wierzchołka Południowego odrzuciłem maskę. Uważałem, że trudności z adaptacją organizmu do wysokości mam już poza sobą, a maska w sposób radykalny ograniczała widoczność.

    Niżej zjazd był już łatwiejszy?

Ale gdzie tam! Wjechałem w pole nawianego, zmrożonego śniegu na wysokości około 8400 m. Cały czas groziło podcięcie lawiny! Po zdjęciu maski tlenowej odpoczywałem po każdych trzech skrętach. Po którejś z kolei serii odpoczywam oparty na kijach i nagle spostrzegam nogi nieżyjącego himalaisty, ja stoję nartami na jego piersiach! Podświadomie odskoczyłem z jego ciała, ale nagle zdałem sobie sprawę, że mogłem gwałtownym ruchem spowodować obsunięcie się lawiny. Groza! Szerpa Ang Dorjee podejrzewał, że nieboszczykiem mógł być Scott Fischer, kierownik jednej z wypraw komercyjnych z tragicznego 1996 roku.

    Na Przełęczy Południowej czekał na Ciebie namiot i herbata.

Davo Karničar na szczycie Everestu Na ostatnich stu metrach przed Przełęczą Południową całkowicie się rozluźniłem i starałem się wykonywać jak najbardziej eleganckie skrety, zostawić po sobie piękny ślad. Dopadłem herbaty i po pierwszych łykach zacząłem kaszleć i żołądek wszystko zwrócił.To była cena wysiłku. Więc małymi łyczkami przyzwyczajałem organizm do herbaty rumiankowej. Poczułem się lepiej i spojrzałem w górę na trzy sylwetki schodzących kolegów. W tym momencie byłem szczęśliwy, że mam narty na nogach. Będę na dole szybciej od nich, szybciej od któregokolwiek ze zdobywców Everestu. Zanim dojechałem do "trójki" musiałem jeszcze zrobić Żebro Genewskie - 100 m. niezaśnieżonej skały. Po lewej stronie Żebra rozpościerała się zaśnieżona stromizna. Teraz była w słońcu. Bałem się znowu, że wywołam lawinę. Ale okazało się, że gruboziarnisty śnieg był mocno związany z podłożem. Mimo dużego nachylenia stoku (miałem wrażenie, że około 50 stopni), była tutaj wspaniała jazda z wykończonymi skrętami. Potem jeszcze Żółty Stopień na zboczu Lhotse. Pełno tutaj poręczówek z róznych wypraw. Podczas podejścia wyznaczyłem sobie przejazd trochę wyżej na prawo, ponad poręczówkami. Tu trzeba było szybko przetrawersować zbocze po cienkiej warstwie śniegu leżącego na zlodziałym podłożu. Potem teren stał się "łagodniejszy" i aż do "trójki" zjazd nie przedstawiał żadnych trudności.

    W "trójce" spotkałeś pierwszych ludzi po rozpoczęciu zjazdu ze szczytu.

Byli tam Koreańczycy, którzy zwijali swoje namioty. Poprosiłem o herbatę, nikt się nie ruszył! Dopiero po chwili spostrzegłem znacznie niżej naszego lekarza. Ten po gorących gratulacjach - ugasił moje pragnienie. Teraz trzeba było kontynuować zjazd. Czekał mnie kilkudziesięciometrowy trawers czystego lodu na ścianie Lhotse. Myśli biegły błyskawicznie. Czy wiązania, mimo wibracji narty na lodzie, nie popuszczą? Nic takiego się nie stało. Podstawa ściany, zryta od lawin, pełna bałwanów i dziur, wymagała troche gimnastyki narciarskiej. Ale co tam! Teraz dopiero mogłem spokojnie zjeżdżać w kierunku "dwójki". Na trasie spotkałem grupę szturmową "nr 2". Życzyłem im szczęścia przy wspinaniu, a ci odwdzięczyli się wiadomością, że w namiocie czeka na mnie trochę herbaty.

    Poniżej obozu drugiego byłeś, jak gdyby "w domu"?

Jeszcze nie tak szybko! Siedmiokilometrowy przejazd przez CWM (Zachodni Kocioł) nie był problematyczny, w czasie aklimatyzacji kilkakrotnie przejechałem ten odcinek na nartach.

    A jak dałeś sobie radę z Lodospadem Khumbu?

Przed rozpoczęciem wyprawy wątpiłem w możliwość przejazdu przez Lodospad. Wiedziałem, że Tardivel zdjął narty przed Lodospadem. Viki Groçelj uczulił mnie na to, że tylko zbocze pod Lho La i Ramieniem Zachodnim jest możliwe do zrobienia na nartach. W czasie aklimatyzacji dokładnie przestudiowałem teren i już wiedziałem, że pójdzie! Jednak w czasie zjazdu napotkałem szereg szczelin powiązanych kruchymi mostkami śnieżnymi. Przysiadłem trochę na tyłach nart i dosłownie jak ślizgacz przeleciałem po nierównościach z dużą prędkością. Hurgotanie lawin i zbliżające się południe dodały mi pary w nartach i miałem nadzieje, że łopotanie flag modlitewnych wyprosi mi u himalajskich bogów jeszcze chwilę spokoju dla dokończenia przejazdu. Nawiązałem kontakt radiowy z kamerzystą, który kierował tą drogą moim przejazdem, w taki sposób, abym w razie lawiny miał możliwość uskoczenia z jej drogi. Po przejechaniu tego niebezpiecznego odcinka wykrzesałem z siebie jeszcze tyle energii, żeby na koniec wykonać kilka eleganckich skrętów.

    Jakbyś podsumował osiągnięcia Twojej udanej wyprawy?

Najpierw, co muszę podkreślić, stwierdzam, że Everest nie był świadkiem wielu zjazdów narciarskich. Ale każdy z nich coś nowego wniósł i był wsparciem dla moich planów. Pierre Tardivel zjechał w 1992 roku z wysokości 8600 m na mniej więcej 6000 m, jego zjazd rozwiązał część problemów Everestu. Dzięki temu z większym spokojem mogłem przystąpić do planów mojego zjazdu. Również Hans Kammerlander wniósł coś nowego. Wprawdzie nie odbył całego zjazdu na nartach, ale rozpoczął swój zjazd z samego szczytu. Nawet jeśli przejechał w pierwszym odcinku tylko 150 m, to wykazał, że zjazd z najwyższej Góry jest MOŻLIWY! Szalenie ważny jest dobór ekipy. Dobrałem więc zespół z takich ludzi, dla których góry są ich DOMEM. Ja umiem jeździć na nartach, każdy inny członek zespołu umiał dobrze robić coś innego. W ten sposób osiągnęliśmy cel. Sam tego nie byłbym w stanie dokonać. Zasadą działania zespołu było założenie, że po zjeździe nie powiem: "no, chłopcy udało mi się zjechać - zwijamy wyprawę i wracamy!". Założyłem, że każdy uczestnik wyprawy będzie mógł zmierzyć się ze swoimi możliwościami do końca. Wszyscy, którzy mieli szansę zdobyć Szczyt, mieli tę możliwość.

    Czy możesz coś powiedzieć o odczuciach jakie miałeś podczas samego zjazdu?

Cały byłem skoncentrowany na jednym celu - zjechać! Przed wyprawą odbyłem kilka sesji z psychologiem i radziłem się go jak zapanować nad moimi odczuciami i umieć je odrzucić w trakcie zjazdu. W takiej sytuacji niestety, musisz zapomnieć, że masz dzieci, żonę. To w istocie jest tak jak na froncie, musisz zdawać sobie sprawę z odpowiedzialności w czsie całej akcji - zapomnieć o sobie! Znam siebie na tyle dobrze, że gdybym był obciążony uczuciami, to bym przepadł. Już na miesiąc przed wyjazdem wyprawy, w swoich działaniach i wypowiedziach byłem wyjątkowo brutalny. Potrzebowałem tej brutalności, abym dokonał tego, co zaplanowałem. W tym momencie było mi wszystko jedno: albo zjadę, albo już nigdy nie powrócę! W moim życiu przeżyłem szereg porażek. Kiedy zacząłem analizować dlaczego tak się stało - odkryłem, że mam zbyt miękką naturę. Musiałem wyrwać się ze schematu, który nakazywał zdrowy rozsądek. Do zjazdu z Everestu byłem dojrzały dopiero wówczas, kiedy powiedziałem sobie: "jestem gotów zjechać ze Szczytu nawet za cenę mojej śmierci!".

    Może powiesz coś czytelnikom GÓR o użytym przez Ciebie sprzęcie?

Davo Karničar (z prawej) i Wojciech Biedrzycki prezentują "zwycięskie" narty W moich narciarskich "wycieczkach" zawsze używałem nart ELAN. Na konstrukcję specjalnej deski do zjazdu z Everestu zużyliśmy około 300 roboczo-godzin. Ta deska musi zapewnić właściwą reakcję w zalodzonych rynnach i na otwartym stoku ze zmiennymi gatunkami śniegu. Narty na Everest mają długość 168 cm, są trochę szersze i trochę twardsze. Są funkcjonalne, przystosowane do takiego zjazdu i mojego stylu jazdy. Przede wszystkim są nadzwyczaj lekkie! Ta konstrukcja nie powinna zmieniać swoich właściwości nawet przy - 50o C. Dla technologów był to twardy orzech do zgryzienia. ELAN nadal uważam za SWOJ¤ firmę i pewnie dobrze się stało, że właśnie na tych nartach zjechałem z Everestu. Pozostały sprzęt został kupiony od producentów. Wiązania Silvretta - są kombinacją modeli EASY GO i 505 z ramką kevlarową. Zdecydowałem się na taki wybór, gdyż zawiera najmniejszą ilość części plastykowych. Co prawda istnieją lżejsze wiązania, ale nie za bardzo można im zaufać w takich ekstremalnych warunkach. Buty Lowa - producent niemiecki. To jest but przeznaczony do turystyki, ale jego właściwości są najbardziej zbliżone do buta zjazdowego. W podchodzeniu jest mniej wygodny niż but wspinaczkowy, również ochrona przed mrozem jest znacznie gorsza, a więc miałem założone dodatkowe ochraniacze - ocieplacze, które pozostawiłem na szczycie Everestu.

    Myślę, że będzie to trochę standardowe pytanie, ale muszę je jednak zadać: jakie masz narciarskie plany na przyszłość?

Zajmę się moją szkołą górską i narciarską w Jezersku. Chciałbym skompletować zjazdy z najwyższych szczytów wszystkich kontynentów - wydaje się to logiczną kontynuacją mojej dotychczasowej działalności. Ze szczytów w Himalajach - Cho Oyu ze zjazdem na strone Tybetu. Zdecydowałem się też jeszcze raz zmierzyć się z K-2.

    Czy to oznacza, że w płynny sposób przejdziesz z narciarstwa ekstremalnego do wychowywania młodzieży?

Człowiek z upływem czasu powinien mieć wyczucie jakie miejsce powinien zajmować. Ja może jeszcze z 10 lat pojeżdżę ostro, 7 najwyższych szczytów kontynentów, Cho Oyu...

    Oceanii nie zrobisz na nartach!

To zjadę na rolkach - no, trochę żartuję! Chociaż i po piasku można zjeżdżać. Z drugiej strony jest szereg porządnych szczytów w Nowej Zelandii, które jeszcze czekają na pierwszego narciarza. Zamiast zjeżdżać na Carstensz 200 m, można zrobić solidny 3,5 - tysięcznik z długim zjazdem do podstawy.

    Co byś powiedział specjalnie dla czytelników GÓR (Davo przegląda wrześniowy numer GÓR)?

Jeżeli czujesz się do czegoś powołany, to nie zważając na okoliczności, staraj się rzecz doprowadzić do końca.

    Na zakończenie życzę Ci, abyś nie tylko był dobrym narciarzem ekstremalnym, ale żeby kiedyś o Tobie powiedziano: "Patrzcie! To jest ten stary ekstremalny zjazdowiec!"

Dziekuję bardzo, takie szczere życzenia z radością przyjmuję!

Rozmowę przeprowadził, z wyłącznością dla Magazynu GÓRY, i przygotował Wojciech Biedrzycki - Kathmandu, 19 października 2000 r.



Wasze komentarze [0]  główny wątekdodaj komentarz dodaj komentarz

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy

Wojciech Biedrzycki  rower.com 
Copyright © 1998 - 2007 Beckermann-Wolf Polska, tel./fax (12) 429.54.65, +48 604.255.709, 604.255.800, 604.255.700, 604.255.900