Co więcej, nadmiar witamin do tego stopnia może
"rozwydrzyć" organizm, iż ten zacznie nimi dość rozrzutnie
gospodarować i domagać się zwiększonych dawek. Z drugiej jednak strony
zaniedbanie odpowiedniego ich spożycia prowadzące do niedoboru w
organizmie może tę sprawność obniżyć, tym bardziej, iż normy spożycia
niektórych spośród nich wzrastają. Konkludując: spożywanie wysokich
dawek witamin i minerałów jest uzasadnione, ale w granicach rozsądku i
częstokroć tylko w postaci epizodycznej. Do okresów zwiększonej podaży
należą przede wszystkim intensywne cykle treningowe i okresy odnowy
biologicznej plus zwiększenie odporności organizmu jesienią i wczesną
wiosną (dotyczy to głównie witaminy C).
Witaminy i minerały kontra wolne rodniki
Zwalczanie wolnych rodników, a szerzej wszelkich reaktywnych form
tlenu, stanowić będzie pierwszą z omawianych funkcji interesujących
nas związków. Wolne rodniki to wyjątkowo perfidne sztuki powstające
m.in. w procesie oddychania. I choć bez tlenu nie byłoby życia (jeśli
kto wątpi, niech spróbuje przestać oddychać na czas lektury tego
numeru), istnieją postacie tlenu, które jak Darth Vader wybrały ciemną
stronę mocy i stały się wyjątkowo złośliwe szkodząc organizmowi (znowu
ta dziwna dwoistość naszej przyrody). Na szczęście mamy też swoich
rycerzy Jedi, tyle że ukrywają się pod pseudonimem antyutleniaczy. A
tak bardziej na serio rzecz ujmując, wolne rodniki to związki, które
na swych orbitalach posiadają niesparowany elektron (w poprzednich
odcinkach zdefiniowaliśmy go jako takie maleństwo co "zapycha" wokół
jądra atomowego i niech tak pozostanie, a kto uważał w szkole na
lekcjach fizyki ten i tak wie lepiej o co chodzi). Kłopot polega na
tym, że taki typ nie znosi chyba samotności, bo koniecznie chce zdobyć
sobie towarzysza, choćby nawet miał go wyrwać z porządnego
towarzystwa. Normalnie w procesie oddychania tlen ulega redukcji
czteroelektronowej (tzn. do cząsteczki tlenu przyłączają się cztery
elektrony), jednak w przypadku jego części (szacuje się, iż
przeciętnie 3-5%) proces ten nieco szwankuje, skutkiem czego jest
redukcja jednoelektronowa. Tak powstaje jeden z najpopularniejszych
wolnych rodników, zwany fachowo anionorodnikiem ponadtlenkowym.
Oczywiście są i inne, posiadające podobnie paskudne właściwości, choć
nie będące wolnymi rodnikami związki chemiczne, które łącznie określa
się mianem reaktywnych form tlenu. Ich nazwy nie siedzącym głęboko w
chemii nic nie powiedzą a jedynie wywołać mogą lekkie zamieszanie pod
fryzurą i dlatego je sobie darujemy. ?ródłem tych hultajów w naszym
organizmie są chociażby zanieczyszczenia powietrza, dym papierosowy
(to wyjątkowo hojny dostarczyciel!), promieniowanie jonizujące i
nadfioloetowe itp. Nas jednak interesuje przede wszystkim oddychanie,
które pozostaje głównym wewnątrzustrojowym źródłem wolnych rodników. W
tym miejscu pojawia się pytanie o wpływ wysiłku fizycznego, który jak
wiemy proces ten wzmaga i to do tego stopnia, że konsumpcja tlenu może
wzrastać nawet dwudziestokrotnie a w pojedynczych włóknach mięśniowych
nawet stu i dwustukrotnie! Odpowiedź oczywiście brzmi: tym samym
wzrasta produkcja wolnych rodników, które uszkadzają dosłownie
wszystko - białka, lipidy, kwasy nukleinowe. Skutkiem ich wywrotowej
działalności stają się zatem degradacja kolagenu, uszkodzenia w
obrębie materiału dziedzicznego mogące powodować różnorakie mutacje
(jedna z teorii starzenia się przypisuje jego istotę właśnie wolnym
rodnikom), zlepianie płytek krwi, uszkodzenia błon komórkowych,
nowotworowe przekształcenia komórek, uszkodzenia białek, obarcza się
je odpowiedzialnością lub współodpowiedzialnością za takie choróbska
jak niektóre postacie anemii, astmę, Alzheimera, Parkinsona,
miażdżycę, schizofrenię i in. Powodując inaktywację - i to znaczną, bo
sięgającą nawet 60 i więcej procent - wielu enzymów wolne rodniki
zdają się przyczyniać do ograniczania możliwości wysiłkowych, głównie
na drodze zaburzeń przemian energetycznych w mięśniach. ŕw
towarzyszący wysiłkowi tzw. stres oksydacyjny bywa traktowany jako
poważny udziałowiec w procesie powstawania zmęczenia. Neutralizowanie
wolnych rodników ma więc z pewnością długofalowe i ogólne w swym
charakterze (zachowanie organizmu w jak najlepszej formie, choćby po
to, by cieszyć się wspinaniem przez kilkadziesiąt lat), a sugeruje się
także, że doraźne i bardziej specyficzne znaczenie. W tym drugim
przypadku chodzi o namacalne niejako tu i teraz wywieranie wpływu na
możliwości wysiłkowe organizmu. Czy taka możliwość faktycznie istnieje
nie jest do końca sprawą pewną, choć niektóre badania zdają się ją
sugerować. Prowadzono takowe m.in. na alpinistach stwierdzając, iż ci
spośród nich, którzy spożywali witaminę E (jeden z głównych
antyoksydantów, ale o tym za chwilę) nie ujawniali obniżenia
sprawności fizycznej i wzrostu wydychanego pentanu w przeciwieństwie
do tych, którzy jej nie spożywali [1]. Sugeruje się również, iż
spożywanie odpowiednio większych dawek antyoksydantów, wskutek czego
następuje obniżenie toksyczności wolnych rodników, owocuje wzrostem
wytrzymałości tlenowej oraz zmniejszeniem powysiłkowego zniszczenia
mięśni [2].
Odporność na destrukcyjne działanie wolnych rodników nie jest u
wszystkich ludzi jednakowa. Po pierwsze, dość istotnym czynnikiem jest
adaptacja wysiłkowa. Na stres oksydacyjny bardziej narażeni są słabo
wytrenowani, albowiem regularny trening powoduje reakcję adaptacyjną w
postaci zwiększenia ilości enzymów o działaniu antyoksydacyjnym. Po
drugie, mięśnie kobiet są nieco bardziej odporne na uszkodzenia
zachodzące pod wpływem omawianych paskudztw, a to ze względu
antyoksydacyjne działanie żeńskich hormonów (no tak, mężczyznom znowu
wiatr w oczy wieje). Po trzecie wreszcie, dość istotną linią obrony
jest odpowiednia dieta zawierająca przeciwutleniacze. Są nimi przede
wszystkim, choć nie tylko, niektóre spośród interesujących nas w tym
odcinku witamin i minerałów. O jednym z nich napomknęliśmy - to
witamina E będąca głównym antyoksydantem rozpuszczalnym w tłuszczach i
w związku z tym działająca w błonach komórkowych. Przypisuje się jej
dodatkowo potencjał poprawiania wytrzymałości, zmniejszania długu
tlenowego, hamowania procesów starzenia tkanek, sugerowano - choć nie
udowodniono empirycznie - działanie łagodzące tzw. odwleczoną
bolesność mięśniową czyli bóle mięśni pojawiające się mniej więcej w
12-24 godziny po wysiłku, które bywają dość przykre o czym wie zapewne
każdy, kto po solidnym "wyćwiku" miał na drugi dzień problemu z
zejściem ze schodów. Nic zatem dziwnego, iż jest to jedna z tych
witamin, co do których zaleca się zwiększone spożycie u uprawiających
sport. O ile więc normalnie zalecane dawki dobowe wynoszą 10-15 mg, o
tyle u trenujących powinny wzrosnąć nawet dwukrotnie, w przypadku
wyczynowców niektórzy mówią wręcz o dawkach 100-300 mg. Za
bezpieczniejsze, a równie skuteczne uznawane są niższe - 30-50 mg
dawki (górne granice wspomnianego przedziału powinny dotyczyć
zwłaszcza wysiłków wytrzymałościowych). Bogatymi źródłami są oleje
roślinne, zwłaszcza słonecznikowy, ciemne pieczywo, zarodki i kiełki
pszenicy. Warto mieć na uwadze, iż jej wrażliwość na działanie tlenu
sprawia, iż straty podczas obróbki kulinarnej mogą sięgać nawet połowę
całkowitej zawartości w danym produkcie.
Jak witamina E w błonach komórkowych, tak jej koleżanka witamina C
jest najważniejszym antyoksydantem środowiska wodnego, w którym
"zanurzone" są komórki. Oba związki zresztą współpracują ze sobą,
czego wyrazem jest choćby fakt regenerowania E przez C. Rola tej
witaminy jest ogromna i nie ogranicza się bynajmniej do funkcji
antyutleniających. Jedną z nich i ważną dla wspinaczy jest jej rola w
procesach syntezy kolagenu. Jeden z autorów [3] podaje wyniki badań, w
których osoby na diecie z dodatkiem tej witaminy charakteryzowali się
dwukrotnie bardziej wytrzymałą skórą, niż ci, których dietę cechował
deficyt C. W tymże samym źródle autor podaje inne interesujące wyniki,
a mianowicie, iż po trzytygodniowym dawkowaniu 400 mg C/dzień przed
wysiłkiem i tygodniowym po wysiłku, zaobserwowano mniejszy spadek siły
maksymalnej mierzonej bezpośrednio po wysiłku ekscentycznym (w którym
mięśnie oporują ruchy rozciągające je) i w dwa dni po nim. Skutkami
dodatkowego podawania C mają także być: obniżanie tętna tak
spoczynkowego jak i wysiłkowego, obniżenie pochłaniania tlenu,
zmniejszenie długu tlenowego w wysiłkach submaksymalnych,
przyspieszenie procesu usuwania kwasu mlekowego itp. Wyniki badań nie
są wszakże jednoznaczne i zdrowiej jest nie pokładać zbytniej ufności
w cudowne efekty. Nie ulega jednak wątpliwości, iż działanie C jest
dość rozległe i obejmuje chociażby wspomniany już udział w budowie i
odbudowie kolagenu, wspomaganie procesu gojenia się ran, zwiększanie
odporności organizmu (to dlatego w okresie większej zapadalności na
grypę zaleca się spożywanie dodatkowych jej dawek), poprawę
przyswajalności żelaza, udział w syntezie niektórych hormonów. Jest
jedną z tych witamin, co do których nie ma wątpliwości, iż przez
trenujących powinny być spożywane w ilościach większych niż normalnie
zalecane - 300-500 mg, a nawet do 1g (nota bene słynny biolog Linus
Pauling był rzecznikiem poglądu, iż normalnie powinno się jej spożywać
nawet do 5g). Nadmiar C jest co prawda usuwany z organizmu, aczkolwiek
niektórzy badacze wskazują na możliwość przyczyniania się do
powstawania kamieni nerkowych. Do głównych źródeł należą produkty
roślinne, zwłaszcza owoce dzikiej róży (ponad 500 mg/100 g), czarna
porzeczka (150-250 mg/100 g), truskawki (do ponad 200 mg/100 g),
papryka (ok. 140 mg/100 g). Podobnie jak poprzedniczka - i większość
witamin - C jest wrażliwa na niektóre czynniki zewnętrzne. ?le jej
służą temperatura, tlen, niektóre enzymy (np. askorbinaza obecna
choćby w ogórkach, w związku z czym w sałatkach nie powinno się ich
dodawać do potraw bogatych w C), niektóre jony metali. Obróbka
kulinarna może prowadzić do utraty 75% witaminy, suszenie owoców do
90%. W ziemniakach już samo składowanie przez zimę powoduje straty
kilkudziesięcioprocentowe. Stosunkowo najmniejsze straty zapewnia
mrożenie. Owoce cytrusowe nie zawierają - wbrew powszechnemu mniemaniu
- dużo witaminy C, ale jest ona w nich dość trwała. Trwałość zapewnia
także obecność substancji pochodzenia roślinnego rutyny łączonej z C w
popularny Rutinoscorbin (tak przy okazji rutyna także wywiera osłonowe
działanie na kolagen i elastynę).
Kolejny ważny antyutleniacz należący do witamin to retinol czyli
witamina A i jej prowitamina czyli á-karoten (gwoli ścisłości, choć
nie wdając się w szczegóły wykorzystanie obu związków nie jest w
organizmie jednakowe i należy spożyć znacznie więcej tego ostatniego,
by uzyskać odpowiednik witaminy). Inne jej funkcje to ważna rola w
procesie widzenia, namnażania komórek i ich regeneracji, zachowywanie
we właściwym stanie nabłonka skóry i błon śluzowych. Witaminę A
zawierają tylko produkty pochodzenia zwierzęcego (zwłaszcza masło,
mleko i jego produkty, jaja, wątroba), w produktach roślinnych obecna
jest natomiast prowitamina A (zwłaszcza w marchwi, natce pietruszki,
szpinaku, koperku, sałacie, pomidorach, zielonym groszku). Oba związki
cechuje dość duża trwałość i jedynie podczas smażenia dochodzi do
większych jej ubytków. Zalecany poziom spożycia to ok. 0,8 - 1,0 mg.
Dość popularnym suplementem wśród różnej maści sportowców jest koenzym
Q10, który również wywiera działanie antyoksydacyjne i na dodatek
regeneruje witaminę E. W niektórych badaniach wychodziło na wierzch
także inne jego działanie, polegające na poprawie wydolności fizycznej
i wytrzymałości. Przypisuje mu się także rolę w gospodarowaniu
zapasami tłuszczowymi organizmu (albo jak kto woli utrzymywaniu
odpowiedniego poziomu masy ciała) oraz przyspieszaniu regeneracji po
wysiłku. Ile brać? Jedni mówią, że odpowiedni poziom to 30-60
mg/dzień, inni zalecają nawet 100-150 mg. I bądź tu mądry człowieku i
pisz wiersze.
Listę najważniejszych antyutleniaczy zamkniemy jednym z minerałów, a
mianowicie selenem. W swojej antyoksydacyjnej aktywności współdziała z
witaminą E. Choć bardzo istotny w systemie obrony przed wolnymi
rodnikami w dużych dawkach jest toksyczny (wywołuje deformacje a
następnie utratę włosów i paznokci) o czym powinni pamiętać co
bardziej zapalczywi wielbiciele suplementacji. Nieprzekraczalną dawką
powinno być 400 ug, wobec zalecanych dla "zwykłych" ludzi 50-60 ug.
Zaleca się, by w razie dawek zbliżonych do maksymalnych co dwa do
czterech tygodni stosować przerwy. Z naturalnych źródeł szczególnie
polecanymi są produkty zbożowe (kiełki pszenicy, pełne ziarna zbóż), z
których jest dobrze przyswajany a także"owoce morza", ryby, nerki,
wątroba, czosnek, jaja.
Wyżej wymienione związki nie są oczywiście jedynymi składnikami
naszego pożywienia o działaniu chroniącym przed niszczycielską
działalnością wolnych rodników (gwoli ścisłości należy wszakże dodać,
iż organizm wykorzystuje je także dla obrony przed atakami różnej
maści łotrzyków ze świata mikroorganizmów). Niektórych być może
ucieszy wiadomość, iż sporo związków o podobnym działaniu zawiera
czerwono wino (ale tylko czerwone i raczej nie z etykietą "Uśmiech
sołtysa", "Kwiat jabłoni" itp.) a także piwo. Do ekskluzywnego grona
należą także czosnek, szparagi, brokuły, brukselka, kapusta, kalafior,
rzeżucha, rzodkiew (tych kilka ostatnich zawiera sporo związków o
nazwie indole), pomidory (jak sugerują najnowsze wyniki badań pomidor
to wyjątkowo zdrowy gość; swe działanie zawdzięcza m.in. likopenowi,
którego ma sporo, a który ze względu na dość dużą odporność nie ulega
zniszczeniu nawet w procesie przygotowywania przecieru pomidorowego),
arbuz (również zawiera ww. likopen), imbir, jarmuż, chili, marchew,
żółte i czerwone odmiany cebuli (ze względu na silny antyoksydant,
kwercetynę), ciemne winogrona, ryby i in. Warto pomyśleć o włączeniu
tego typu produktów do swojej diety, albowiem - jak napisał jeden z
autorów [4], do artykułu którego odsyłam co bardziej dociekliwych -
"suplementacja diety sportowca antyoksydantami jest głęboko
uzasadniona".
Równowaga kwasowo-zasadowa
Jeśli ktoś użyty powyżej podtytuł traktuje jako swego rodzaju eufemizm
stosowany na oznaczanie huśtawki stanów: "mięśnie pełne mocy" "zakwasy
zrzucające z największych nawet klam", to ma częściową rację.
Częściową, bo oczywiście prawdziwa istota zjawiska jest znacznie
bardziej skomplikowana. Nie będziemy się oczywiście wdawać w
szczegółowe dywagacje, bo w końcu Góry to nie podręcznik fizjologii.
Niemniej, każdy szanujący się miłośnik aktywności wykraczającej poza
ramy naciskania pilota do TV powinien kilku spraw być świadom.
Znany chyba wszystkim, którzy chodzili do szkoły współczynnik pH, dla
krwi jest normalnie nieco przesunięty w kierunku odczynu zasadowego
(ok. 7,4 jeśli chodzi o szczegóły) i utrzymanie go na takim poziomie
ma dla organizmu duże znaczenie. Jednak wciąż w organizmie zachodzą
procesy, które mogą go wychylać w stronę większej zasadowości lub
kwasowości. Utrzymywanie ich w ryzach to właśnie równowaga kwasowo-
zasadowa. Ta pierwsza sytuacja (czyli zasadowica jak się ją fachowo
nazywa) grozi nam rzadziej, częściej zatem musimy bronić się przed
nadmierną kwasicą. Stan taki jest znany wszystkim trenującym. Ten
nieznośny piekący ból w mięśniach, wykrzywiający twarz w grymasie
walki o zrobienie kolejnego kroku lub przechwytu! Znamy to aż za
dobrze i pewnie chcielibyśmy tego jak najrzadziej doświadczać.
Poniekąd jest to zrozumiałe, choć pojawianie się owego bólu ma
głębokie uzasadnienie: to sygnał alarmowy, by przerwać wysiłek albo
dojdzie do uszkodzenia a nawet zniszczenia komórek mięśniowych z
powodu nadmiernego ich zakwaszenia. Produktem, który powstaje w
mięśniach i w tak niecny sposób przekreśla czasami nasze marzenia o
przejściu jakiegoś szczególnie ambitnego kawałka, choćby tylko na
miarę osobistą lub tego czegoś co zwane bywa "sławą lokalną", jest
kwas mlekowy. Powstaje on w naszym organizmie nieustannie. Także
teraz, gdy czytacie ten tekst również, jednak w ilościach na tyle
małych, że organizm nie ma problemów z jego neutralizowaniem. W
trakcie wysiłku jednak jego produkcja wzrasta i to nawet do
kilkudziesięciokrotnie większych rozmiarów niż w trakcie spoczynku.
Przodują w tym zwłaszcza wysiłki o znacznej intensywności, odbywające
się warunkach beztlenowych. To dlatego właśnie nie da się ich
kontynuować przez czas dłuższy niż kilka minut. Organizm posiada
oczywiście pewne możliwości neutralizowania nadmiaru kwasów czemu
służą krążące we krwi związki zwane skrótowo buforami. Służą one
oczywiście także do neutralizowania nadmiaru zasad, ale to mniej
interesująca nas obecnie kwestia. Możliwości neutralizowania kwasów
choć istnieją, są oczywiście ograniczone a zasoby związków
buforujących ulegają wyczerpaniu. Jak się jednak okazuje może
omawianemu mechanizmowi nieco dopomóc, jako że wpływ na rezerwy
alkaliczne krwi ma także skład naszej diety. Zauważono to już dość
dawno temu i próbowano wykorzystać w praktyce sportowej w postaci
nawet tak radykalnych praktyk jak wypijanie rozpuszczonych w wodzie
lub soku owocowym znacznych ilości ohydnej w smaku sody oczyszczonej,
która choć pozwalała na poprawę skuteczności w wysiłkach trwających od
2 do 5 minut, to jednocześnie wywoływała objawy doskonale opisane
przez Piotra Narwańca w Dolinie Białej Wody. Jeśli ktoś nie wie o czym
mowa niech raczy sięgnąć do wspomnianego Dzieła, zwłaszcza na stronę
19. W normalnych warunkach poleca się raczej zwiększenie puli pokarmów
o charakterze alkalizującym lub jak kto woli odkwaszającym. Zresztą w
ogóle poleca się większy ich udział w żywieniu a to z uwagi na fakt,
iż w razie niedoboru pierwiastków zasadotwórczych np. wapnia, organizm
będzie je brał z własnych tkanek, jak chociażby kości, a to już na
pewno nie będzie mu służyć. Zwłaszcza na dłuższą metę. Nieprzypadkowo
użyte zostało pojęcie pierwiastki zasadotwórcze, albowiem składniki
mineralne odgrywają ważną rolę w utrzymywaniu równowagi kwasowo-
zasadowej. Część z nich jest kwaso- część natomiast zasadotwórczych.
Do tych pierwszych należą przede wszystkim: fosfor, chlor i siarka. Do
drugich: wapń, magnez, potas i sód. Są one zazwyczaj obecne w
pokarmach jednocześnie, a o określonym wpływie pokarmu decyduje ich
wzajemny stosunek. Żeby nie było wątpliwości: to czy produkt ma wpływ
zakwaszający czy alkalizujący nie ma nic wspólnego z jego smakiem.
Wiele owoców ma kwaśny smak, a pomimo to wywierają one wpływ
alkalizujący. Percypowana kwaśność wynika bowiem z obecności kwasów
cytrynowego i jabłkowego, które wszakże zostają w organizmie rozłożone
do dwutlenku węgla i wody. Najogólniej rzecz ujmując pokarmy roślinne
(za wyjątkiem potraw zbożowych) wywierają działanie zasadotwórcze,
zwierzęce (za wyjątkiem mleka, ale już nie serów) - kwasotwórcze.
Dokładniejsze wartości odczynu pokarmu uzyskuje się spopieleniu jego
próbki i oznaczeniu ilości kwasu solnego lub ługu (w cm3) potrzebnej
do zobojętnienia popiołu. Dla przykładu do silnie kwasotwórczych
produktów z uwzględnieniem ich kwasowości przy pomocy ww. metody
należą: wieprzowina (ok. 290), kasza jęczmienna (ok. 180), wołowina
(ok. 140), cielęcina (ok. 125), szynka (ok. 160), śledź (ok. 115),
jaja (ok. 160), ryż (ok. 80), sery (ponad 50), makaron (ok. 40). Do
produktów zasadotwórczych należą z kolei: ziemniaki (ok. 90), buraki
(ok. 90), czarne porzeczki (ok. 90), cytryny (ok. 80), wiśnie (ok.
70), marchew (ok. 70), pomidory (ok. 60), śliwki (ok. 50), sałata (ok.
40), mleko (ok. 30).
Wspomniane wcześniej pierwiastki, decydujące o zakwaszającym lub
alkalizującym wpływie pokarmu pełnią oczywiście szereg innych
niezwykle ważnych dla organizmu funkcji, o których w skrócie: fosfor -
obok wapnia główny składnik kości (zawierają one niemal 3/4 ustrojowej
puli tego pierwiastka), wchodzi w skład białek, tłuszczów,
węglowodanów, kwasów nukleinowych, związków wysokoenergetycznych ATP i
fosfokreatyny; zbyt duże jego spożycie - o co wcale nie trudno wobec
powszechności jego stosowania w różnych napojach orzeźwiających
tudzież szeregu innych produktach spod znaku cywilizacji - może
upośledzać wchłanianie magnezu, cynku, wapnia i żelaza; idealnie
byłoby zachować proporcje spożycia z wapniem jak 1:1, gdyż w razie
przewagi fosforu wapń może być odciągany z kości. W sporcie niektóre
związki (sole) fosforu wykorzystuje się w charakterze środków
wspomagających np. w szeroko reklamowanej odżywce Stim-O-Stam.
Decydując się na ich stosowanie należy ściśle przestrzegać dawek
rekomendowanych przez producenta, by uniknąć wywołania nierównowagi
mineralnej w organizmie. Siarka - jest składnikiem niektórych
aminokwasów (zwanych w związku z tym siarkowymi np. metionina,
cystyna, cysteina), witamin (np. B1, H), hormonów (np. insuliny),
enzymów. Wapń - jeden z podstawowych budulców kości (zawierają one ok.
99% spośród całkowitej puli wapnia w organizmie), odgrywa także
kluczową rolę w skurczu mięśni i przewodnictwie nerwowym, bierze
udział w procesie krzepnięcia krwi, jest aktywatorem wielu enzymów np.
lipazy i podpuszczki biorących udział w trawieniu. Zapotrzebowanie na
wapń wzrasta w okresach przebywania na diecie wysokobiałkowej, kiedy
to stwierdza się wzmożone jego wydalanie z moczem. Jego przyswajanie z
pokarmu bywa procesem dość kapryśnym, sprzyjają mu obecność niektórych
aminokwasów (lizyny, argininy), cukru mlecznego laktozy oraz witaminy
D, utrudniają niektóre kwasy - zwłaszcza szczawiowy i fitynowy.
Najlepszym źródłem nie tylko ze względu na obfitą zawartość, ale
również przyswajalność, jest mleko i jego przetwory. Warto jednak
wiedzieć, że sery twarogowe są uboższe w wapń niż żółte
(podpuszczkowe), gdyż wraz z odcedzaniem serwatki usuwa się znaczne
jego ilości. "Wadą" żółtych serów jest wszakże większa kaloryczność.
Niektórzy uważają, że nie spożywając mleka i jego przetworów w ogóle
nie jest możliwe dostarczenie dziennej normy (500-1000 mg, trenujący
nawet 1500 i więcej mg) wapnia. Leon Zawodowiec popijając mleko
wiedział z pewnością co robi, chociaż VI.5 pewnie nie robił. Magnez -
to dopiero pracuś: bierze udział w kilkuset różnych reakcjach
przemiany materii, odgrywa rolę w termoregulacji, aktywuje wiele
enzymów, "wtrąca swoje trzy grosze" do przemian białek i tłuszczów
oraz funkcjonowania mięśni i układu nerwowego. Zapotrzebowanie na ten
pierwiastek wzrasta u trenujących oraz podczas diety wysokobiałkowej.
Jego niedobory prowadzą do wyczerpania i kurczów mięśni. Nadmiar z
kolei utrudnia przyswajanie wapnia (i vice versa, bowiem w punktach
wychwytu oba te pierwiastki są konkurentami). Wchłanianie magnezu
ogranicza też duża ilość tłuszczów i białek w pokarmie. Norma
dziennego spożycia dla trenujących jest wyższa niż u przeciętnego
człowieka i sięga 500, a niektórzy podają, iż nawet 1000 mg. Istnieją
jednak dane eksperymentalne, które poddają w wątpliwość sensowność tak
wysokich dawek. [5] Potas - jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania
układu mięśniowego i nerwowego z uwagi na kluczową rolę w
przewodnictwie impulsów nerwowych, jest regulatorem ciśnienia
osmotycznego w płynach ustrojowych, pełni rolę w biosyntezie białka,
ma swój udział w gromadzeniu glikogenu w mięśniach, jest składnikiem
licznych enzymów. Zapotrzebowanie na magnez wzrasta podczas treningów
i sięga nawet do 5 g w sportach siłowo-szybkościowych i 7 g w
wytrzymałościowych. Sód - reguluje gospodarkę wodną (przyczynia się do
zatrzymywania wody w organizmie) oraz ciśnienie osmotyczne płynów
ustrojowych, odgrywa ważną rolę w pobudliwości mięśni i nerwów. Wobec
ilości zjadanej soli niedobory raczej nam nie grożą, prędzej nadmiar,
który prowadzi do nadciśnienia.
Niezależnie od wyżej omówionych składników mineralnych na równowagę
kwasowo-zasadową mogą wywierać także wpływ witaminy. Dotyczy to
zwłaszcza witamin z grupy B, które przyczyniają się do prawidłowego
spalania węglowodanów. Na zakwaszenie organizmu może z kolei mieć
wpływ nadmierne spożycie tłuszczów.
Procesy anaboliczne
Już przegląd funkcji do tej pory opisanych witamin i składników
mineralnych mógł co bardziej uważnym czytelnikom podsunąć myśl o
pewnej roli, jaką mogą tego typu składniki odegrać w procesie
biosyntezy białka, który jak wiadomo jest jednym z najczęściej
rozważanych w odniesieniu do diety sportowca. Wspominaliśmy, iż w
przemianach białek biorą udział choćby magnez czy potas. Najbardziej
"anabolicznymi" substancjami mineralnymi mają być wszakże chrom i
wanad. Pierwszy z nich stanowi, jak wykazano, aktywny składnik tzw.
czynnika tolerancji glukozy, co już samo z siebie oznacza udział w
metabolizmie węglowodanów i białek. W niektórych badaniach podawanie
dodatkowych ilości tego pierwiastka skutkowały redukcją tkanki
tłuszczowej przy jednoczesnym wzroście masy beztłuszczowej. Uważa się
zatem, iż może wspomagać proces budowania siły. Teoretycznie tak
faktycznie być może. W praktyce bywa wszakże różnie i nie brak jest
głosów sceptycznych, którym w sukurs przychodzą dane doświadczalne. [6]
Wydaje się, iż znowu działa zasada mówiąca, że coś jest potrzebne i
brak tego czegoś upośledza działanie pewnych procesów, jednakże ekstra
dawki tego czegoś wcale owych skutków nie muszą maksymalizować. Wobec
stwierdzanych często niedoborów chromu, i to także u sportowców,
niektórzy dietetycy zalecają przyjmowanie jego suplementów - najlepiej
pod postacią pikolinianu chromu w ilościach 50 - 200 ug, choć są i
tacy, którzy za zalecane i bezpieczne dawki uznają nawet 700 ug. Te
drugie dotyczyć mają przede wszystkim uprawiających dyscypliny siłowe
i szybkościowo-siłowe lub okresów treningowych nakierowanych na
rozwijanie analogicznych zdolności motorycznych. Z naturalnych źródeł
spożywczych za bogate w chrom uznawane są: drożdże, pełne ziarna zbóż,
wątroba, skorupiaki morskie, orzechy i - uwaga smakosze! - piwo.
Wanad, podobnie jak jego omówiony wyżej kolega, związany jest z insuliną
w związku z czym ma wywierać korzystny wpływ na syntezę glikogenu oraz
ułatwiać wnikanie glukozy i aminokwasów do wnętrza komórek.
Anaboliczny wpływ wanadu stwierdzano przede wszystkim w badaniach na
zwierzętach, których wyniki ekstrapolowano na ludzi. Czy jest to
faktycznie uzasadnione można dyskutować, brak bowiem do tej pory
rozstrzygających wyników badań. W sportach siłowych z powodzeniem
stosuje się 50-150 ug dawki. Z naturalnych produktów za bogate jego
źródła można uznać przede wszystkim "owoce morza", pełne ziarna zbóż i
mięso.
Swój udział w syntezie białek, także mięśniowych ma również cynk.
Uczestniczy on także w wydzielaniu wielu hormonów (insuliny,
glukagonu, hormonu wzrostu, testosteronu), uczestniczy w syntezie DNA,
jest składnikiem wielu enzymów zaangażowanych na szlakach przemian
węglowodanów i białek. W związku z nasileniem przemian tychże wśród
trenujących, potrzebują oni nieco więcej cynku niż przeciętnie.
Oznacza to zwiększenie dawek dobowych z ok. 15 mg do 20, a niektórzy
podają, że nawet 40 mg. Nie należy wszakże przesadzać, gdyż w
większych ilościach może być toksyczny i utrudniać przyswajalność
innych pierwiastków np. żelaza. Ponieważ zawarte w produktach
roślinnych związki (głównie fityniany) obniżają jego przyswajalność,
najlepszymi źródłami są produkty pochodzenia zwierzęcego, a więc
mięso, wątroba, ryby i "owoce morza", mleko i jego przetwory oraz
jaja.
Ważki udział w procesach związanych z biosyntezą białek mają też
witaminy, zwłaszcza z grupy B, które są składnikami wielu enzymów.
Grupa witamin B w ogóle uznawana jest za jedną z najważniejszych w
żywieniu trenujących. Poświęcono im, obok C i E, najwięcej bodaj uwagi
w badaniach nad dietetycznymi uwarunkowaniami formy sportowej. Jeden z
podziałów witamin zaproponowany przez dwoje dietetyków z Francji jako
specyficzną grupę traktował "witaminy o działaniu biologicznie
wzmacniającym sportowców", a zaliczone do nich zostały obok witaminy C
właśnie witaminy z grupy B - B1, B6 i B12. Poświęcimy im zatem chwilę
uwagi, nie tylko zresztą z racji ich udziału w procesach biosyntezy
białka.
B1 (tiamina) - jej szczególne znaczenie dla trenujących wynika z faktu
współuczestniczenia w przemianach węglowodanów (i oczywiście
uzyskiwania energii z tychże) oraz tworzeniu hemoglobiny. Jej niedobór
powoduje gromadzenie się w organizmie dużo kwasu pirogronowego i
mlekowego. Normalna dawka powinna wynosić ok. 1,6-1,8 mg, jednak
sportowcy, zwłaszcza dyscyplin wytrzymałościowo-siłowych i
wytrzymałościowych powinni przyjmować nawet 4-8 mg dziennie (w
przypadku wysiłków typowo wytrzymałościowych niektórzy zalecają nawet
ok. 15 mg). Badania istotnie ujawniły, iż niedobory B1 powodują
upośledzanie sprawności, jednak u osób, których organizmy są tą
witaminą normalnie wysycone, nie występują jakieś specjalne efekty
wspomagające. Innymi słowy rzecz ujmując, z brania ilości większych
niż ustalona norma nic nam nie przyjdzie. Oczywiście jak ktoś bardzo
chce to może i to raczej bez obawy o jakieś uboczne skutki, takowych
bowiem nie zauważano nawet przy stosowaniu dużych dawek witaminy. Jej
bogatymi źródłami są produkty zbożowe (zwłaszcza ciemne pieczywo,
kasze i niepolerowany ryż), warzywa strączkowe, orzechy, drożdże oraz
mięso i wędliny (zwłaszcza wieprzowe). Ponieważ jest bardzo wrażliwa
na działanie wysokiej temperatury spore jej straty (20-30%) powstają w
trakcie smażenia, gotowania itp. zabiegów kulinarnych.
B6 to kolejna z witamin istotnych w żywieniu trenujących. Bierze
udział w przemianach białek, tłuszczów i węglowodanów (m.in. w
odzyskiwaniu glukozy ze źródeł niecukrowych np. kwasu mlekowego,
aminokwasów itp.), reguluje funkcjonowanie układu nerwowego mogąc w
razie znacznych niedoborów prowadzić do zmian degeneracyjnych w jego
obrębie, jest potrzebna do tworzenia adrenaliny i serotoniny.
Zapotrzebowanie zależne jest od ilości spożywanego białka, dlatego
należy zadbać o jej odpowiednią podaż (do 10 mg dziennie wobec 2,0-2,2
mg u nietrenujących) zarówno w okresach treningu siły, kiedy to udział
białek w diecie zwykle się zwiększa, jak również okresach treningu
wytrzymałości (głównie ze względu na wspomniane wcześnie efekty
glikoneogenetyczne). Co prawda w jakimś stopniu witaminę tę mogą
syntetyzować bakterie, które za swój domek traktują nasze jelita, ale
lepiej aż tak bardzo na nich polegać. Najbogatszym źródłem są produkty
zbożowe, zwłaszcza z pełnego przemiału (straty podczas przemiału mogą
dochodzić nawet do 90% dlatego białe pieczywo jest niewiele warte), a
także ziemniaki, mięso (zwłaszcza wołowe), rośliny strączkowe i mleko.
B12 - jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania wszystkich
właściwie komórek, bierze udział w syntezie białek, kwasów
nukleinowych, przemianach tłuszczów i węglowodanów. Zapotrzebowanie na
nią wzrasta u trenujących z 2-3 ug do 5-15 ug, zwłaszcza w
dyscyplinach siłowych. Najbogatszym jej źródłem jest przede wszystkim
wątroba, a w dalszej kolejności jaja, mleko, niektóre ryby, ze źródeł
roślinnych fasola, drożdże, bób, orzechy.
Swego czasu sporo uwagi poświęcano B15, która w świetle niektórych
badań miała posiadać dodatni wpływ na wykorzystywanie tlenu podczas
pracy mięśni, przyspieszać syntezę glikogenu w mięśniach i obniżać
poziom kwasu mlekowego we krwi. Ostatnio jednak wysunięto wątpliwości
czy aby na pewno jest witaminą (nie jest już ujmowana w spisach
substancji uznawanych za witaminy), a nawet zabroniono jej sprzedaży w
niektórych krajach z uwagi na ryzyko toksyczności zwiększonych jej
dawek.
Do grupy B należy witamina PP, która bierze udział w procesach
utleniania komórkowego. Z tego względu poleca się większe jej dawki u
trenujących wysiłki wytrzymałościowe (ok. 30-40 mg wobec normalnych
zaleceń na poziomie 16-26 mg). Większe dawki, zwłaszcza stosowane w
sposób permanentny, nie są wskazane, jako że mogą uszkadzać wątrobę.
Występuje w wielu produktach aczkolwiek np. w kukurydzy spora jej
część występuje w formie nieprzyswajalnej dla człowieka. Głównymi jej
źródłami są ziemniaki, mięsa i przetwory zbożowe, może być także
syntetyzowana z aminokwasu tryptofanu.
W procesach utleniania komórkowego bierze udział także B2 wchodząca w
skład flawoproteidów zaangażowanych w przemiany węglowodanów,
tłuszczów i białek oraz wytwarzanie energii w łańcuchu oddechowym.
Odgrywa także dużą rolę w prawidłowym funkcjonowaniu wzroku, a przy
jej niedoborze pojawia się światłowstręt. Bogatymi źródłami są: mleko,
sery, wieprzowina, strączkowe, drożdże. Jest stosukowo odporna na
działanie wysokich temperatur, za to mało odporna na światło (dlatego
np. wystawianie butelek z mlekiem powodowało nawet całkowite
zniszczenie witaminy). Trenujący powinni jej spożywać więcej niż 2-2,5
mg jak wynosi przeciętna norma dzienna, ale nie więcej jak 15 mg.
...i cała reszta
Funkcje każdej z witamin czy każdego z minerałów są w organizmie
wielorakie. Powyższe podejście polegające na zastosowaniu umownego
podziału na te składniki, które służą do neutralizowania wolnych
rodników, regulowania równowagi kwasowo-zasadowej i biosyntezie
białka, nijak nie wyczerpuje całości zagadnienia. Zresztą wystarczy
rzut oka na inne niż ww. funkcje każdego z omówionych składników. Nie
utworzono więc odrębnej grupy dla składników biorących udział w
procesach energetycznych, bowiem wielokrotnie o nich wspominano
niejako "przy okazji". Kilka istotnych substancji wymknęło się jednak
naszej klasyfikacji a ich nieobecność mogłaby zostać niesłusznie
odebrana jako "nieistotność", a to już mijałoby się z prawdą. Jasną
sprawą jest, iż jeśli coś zostało uznane za witaminę to znaczy, że
jest to dla organizmu z jakiegoś powodu ważne. Nadmienimy wszakże
słownie o kilku jeszcze substancjach, które są szczególnie ważne w
żywieniu osób prowadzących tryb życia naznaczony dużą aktywnością.
Ze składników mineralnych będzie to przede wszystkim żelazo,
szczególnie istotne dla specjalizujących się w wysiłkach o charakterze
wytrzymałościowym. Pierwiastek ten jest bowiem niezwykle ważny w
gospodarce tlenem. Zresztą co tu dużo mówić, 70% ogólnej jego ilości
znajduje się w czerwonych ciałkach krwi, będąc składnikiem hemoglobiny
i mioglobiny (odpowiednik hemoglobiny tyle, że znajdujący się w
mięśniach) - związków łączących się z tlenem w środowisku obfitującym
w jego obecność i oddających go tam gdzie go nie ma, czyli w tkankach
(mioglobina odbiera tlen hemoglobinie i stanowi jego zapas w mięśniu).
Bez żelaza oba związki nie mogą funkcjonować, tymczasem wiadomo, iż
wyczerpujące wysiłki wytrzymałościowe mogą skracać średnią długość
życia krwinek niemal o połowę i powodować niedobory żelaza. Nie bez
kozery jedną z przypadłości określono mianem "anemii sportowej",
której najbardziej rzucającymi się objawami są gorsze samopoczucie i
obniżona sprawność. Stąd odpowiedniej podaży żelaza w diecie
przypisuje się w żywieniu sportowców duże znaczenie, szczególnie jeśli
chodzi o kobiety, które tracą ten pierwiastek w większych ilościach z
biologicznego faktu bycia kobietami, o szczegółach bycia którymi chyba
nie trzeba instruować. Dzienna dawka żelaza u osób trenujących powinna
wynosić nawet do 40 mg dziennie, z czym wiąże się kłopot w postaci
niskiej (o ironio!) przyswajalności tego pierwiastka. Dla źródeł
zwierzęcych może ona wynosić 20%, roślinnych - raptem kilka
(stosunkowo najwięcej dla soi 6-7%, sałaty ok. 4,5%, dla wielu innych
jednak 1-2%). Średnio z racji pokarmowej wchłania się ok. 10%
zawartego w niej żelaza. Przyswajalność mogą wszakże obniżyć picie
dużych ilości kawy i herbaty, nadmierne ilości wapnia (mówi się nawet,
że aby maksymalizować przyswajanie żelaza między przyjmowaniem pokarmu
bogatego w ten pierwiastek a spożyciem pokarmu obfitującego w wapń
powinno upłynąć ok. 4 godzin - niech żyją realia codziennego życia) i
magnezu. Poprawia natomiast obecność witaminy C (dlatego zaleca się
łączenie w posiłku pokarmów stanowiących źródła tych związków), a
także kwas foliowy i miedź (żeby nie było nam w życiu za dobrze duże
ilości witaminy C w pokarmie pogarszają przyswajanie miedzi). Już z
powyższego można łatwo wywnioskować, iż najbogatszymi w żelazo są
takie pokarmy jak mięso (czerwone), wątroba czy żółtka jaj. Z pokarmów
roślinnych natomiast soja, fasola, groch, zarodki pszenne, otręby
pszenne. W żelazo wzbogacane są liczne zbożowe produkty śniadaniowe.
Kwas foliowy, o którym wspomniano wyżej bierze także udział w
przemianach aminokwasów, syntezie DNA i funkcjonowaniu układu
nerwowego. Występuje głównie w warzywach liściastych, ziarnach zbóż,
roślinach strączkowych, drożdżach, wątrobie. U trenujących zaleca się
zwiększenie dobowej dawki z ok. 300 ug do 400-600 ug.
Ganiających po górach wysokich być może zainteresują sugestie płynące
z badań nad aklimatyzacją, która ma ulegać przyspieszeniu wskutek
podawania kombinacji witamin z grupy B (z PP włącznie), C, kwasu
pantotenowego, kwasu foliowego oraz metacylu, adeniny i guaniny. Na
ile jest to faktycznie zgodne z realiami rzeczywistości? Oto iście
hamletowskie pytanie. I na nim chyba zakończymy ten artykuł.
Przypisy
[1] Simon-Schnasss L. I Pabst H. (1988). Influence of vitamin E on
physical performance. International Journal of Vitamin and Nutrition
Research 58
[2] Berg A. (1998). Antioxidants in performance sport: is there a
significant benefit? Journal of Sports Medicine vol. 19, suppl. 1.
[3] Antosiewicz J. (1998). Witamina C w żywieniu sportowców. Sport
Wyczynowy nr 1-2.
[4] Antosiewicz J. (1996). Stres tlenowy jako czynnik ograniczający
pracę mięśni. Sport Wyczynowy nr 11-12. Potężną dawkę wiedzy, choć o
znacznie większym stopniu szczegółowości, zawiera także książka:
Bartosz G. (1995). Druga twarz tlenu. Warszawa: PWN.
[5] Np. w jednych z tego typu badań suplementacja dwukrotnie w ciągu
dnia 250 mg magnezu przez okres 3 tygodni nie spowodowała podniesienia
poziomu tego pierwiastka w osoczu, komórkach krwi i mięśniu: Weller E.
i wsp. (1996). Mg-supplementation of athletes does not increse
skeletal muscle Mg. International Journal of Sports Medicine vol.17,
suppl.1
[6] zob. np. Wood L i wsp. (1995). Effects of Ingesting a Supplement
Containing Chromium and Boron on Isokinetic Performance. Journal of
Strength and Conditioning Research vol.9, nr 4. W badaniach autorów
nie stwierdzono, by dawki chromu nawet o 4 razy większe niż uznane za
ergogeniczne nie spowodowały zauważalnych zmian w sile i mocy.