tego, bo przy większej masie ciała zrobienie drogi zabrałoby mi
znacznie więcej czasu. Odchudzanie się działa jednak tylko na krótką
metę i w dłuższej perspektywie, wierzcie mi, nie przynosi żadnych
korzyści".
Sprawa masy ciała nie jest więc tak prosta, jak by się mogło wydawać,
zrzucenie kilogramów nie do końca musi okazać się panaceum na nasze
wspinaczkowe niedomogi. Z drugiej jednak strony logicznym jest, iż
trudno doprowadzić się do stanu początkującego zawodnika sumo i
oczekiwać utrzymania się na przyzwoitym poziomie (choć patrzenie na
"misiowate" kształty niejakiego Johna Dunne'a - to ten od nie dość, że
trudnych to jeszcze psychicznych dróg w Wielkiej Brytanii - podkopuje
nieco zasadność powyższego stwierdzenia). Zależności pomiędzy
gabarytami ciała, a konkretnie współczynnikiem stanowiącym iloraz
wzrostu (w metrach) i masy ciała (w kilogramach), a trudnościami
pokonywanymi w skale podaje Steve Bollen w sygnowanym przez BMC
podręczniku treningu (Training for rock climbing. Pelham Books 1994).
Rzut oka na wykres istotnie ukazuje niemal liniowy charakter
wspomnianych zależności. Zresztą spójrzcie sami (uwaga, trudności
podane są w skali brytyjskiej, co mniej więcej oznacza na nasze: 5b =
ok. VI+, 5c = VI.1/1+, 6a = VI.2-VI.3, 6b = VI.4/VI.4+, 6c = VI.5/5+,
7a = VI.6-VI.7, 7b = wiadomo, więcej niż VI.7).
Wszystko wydaje się być dość konsekwentne, gdyby nie jedno małe ale:
autor nie podaje nic konkretnego na temat badań, które miałyby
stanowić podstawę prezentowanych danych. Poza tym prostota ukazanych
zależności zdaje się nieco chwiać, gdy weźmiemy analogiczne dane dla
znanych osób ze światowej czołówki, szczególnie facetów?! (wybrałem
oczywiście te, którymi dysponowałem). W grupie najwyższej o
współczynniku 0,030 plasują się np. François Petit czy Andreas
Bindhammer, ale taki Chris Sharma ma już 0,028 (tyle samo co François
Legrand, Elie Chevieux, Daniel Andrada, Ben Moon czy Christian
Bindhammer), a Pedro Pons (pierwsze powtórzenie Za Staro kolo... 8c+)
i Yuji Hirayama raptem 0,026! Frederic Nicole w ogóle może się udać na
kurs skałkowy, bo ze współczynnikiem 0,024 powinien się pałętać po
jakichś szóstkach. Swoją drogą ciekawe jakimiż to cyferkami mógłby się
wylegitymować wspomniany John Dunne, albo taki Alexander Huber, który
na szczupłego raczej nie wygląda. Gwoli uzupełnienia garść danych dla
kobiet - i tu człowieka nieco zwala z nóg: Robyn Erbesfield 0,035,
Natalie Richer 0,034, Laurence Guyon 0,034, Lynn Hill 0,033 (obliczono
na podstawie parametrów podawanych z okresu, gdy rzeczone panie były w
najwyższej zawodniczej formie, bo ostatnio coś się na arenach nie
pokazują).
Jaki z tego wszystkiego wniosek? Chyba tylko taki, że warto pozbywać
się nadmiaru kilogramów (zwłaszcza jeśli posiadamy nieco zbędnego
tłuszczyku), ale tak za bardzo zapędzać się w odchudzanie też nie
warto. Warto także pamiętać, iż tym co naprawdę się liczy jest
popularny "stosunek korby do torby" lub nieco bardziej fachowym
językiem rzecz ujmując stosunek masy ciała do zakresu wyzwalanej siły
czyli tzw. względna siła mięśniowa. John Gill ważył grubo ponad 80 kg
i wcale mu to nie przeszkadzało podciągać się na jednym palcu jednej
ręki (podobno nawet na wskazującym!) i robić takie przystawki
bulderowe, że innym szczęki po opadnięciu długo jeszcze klekotały
gdzieś w okolicach stóp. A tak nawiasem mówiąc, jak źródłem siły nie
jest tłuszcz, tak nie będą nim również obciągnięte skórą kości.
Nabieranie masy
W świetle przytoczonych wcześniej uwag taki tytuł podrozdziału chyba
nie budzi już sensacji. Jeszcze parę lat temu pewnie normalną reakcją
byłby okrzyk "Nabierać masy, czy autor do reszty zbzikował!?". Obecnie
jednak podejście nieco się zmieniło. Pewien Francuz, Baptiste Briard,
który publikuje czasami coś niecoś na temat modeli treningowych swoich
rodaków zauważa, że wobec tendencji poszukiwania trudności w raczej
solidnie przewieszonych drogach, współcześni wspinacze bardziej niż
kiedyś godzą się na robienie masy mięśni. Celowi temu służą zarówno
wydzielone w ciągu roku kilkutygodniowe okresy treningu z "żelazem",
jak i specyficznie wspinaczkowe sesje ćwiczebne. W tym pierwszym
przypadku chodzi przede wszystkim o treningi na siłowni, które
wplatane są roczny cykl w postaci wydzielonych okresów. Koncepcje są
różne np. Alexander Huber robi masę w ciągu pierwszych sześciu tygodni
każdego nowego cyklu. Arnaud Petit wydziela dwa tygodnie w zimie i dwa
w czerwcu, inni wydzielają tylko jeden taki okres, ale za to dłuższy
(4-5 tygodni) i najczęściej w zimie. Hipertrofię czyli przyrost masy
mięśnia wywołać można jednak także samym wspinaniem. Oczywiście muszą
być ku temu spełnione pewne warunki. Należy do nich przede wszystkim
powtarzalność, bowiem jak wiadomo drogi mają to do siebie, iż każda
jest inna, w inny sposób angażuje mięśnie. Dla "robienia masy przez
wspinanie" wybiera się więc drogi o dość prostym schemacie ruchowym
(najczęściej niewiele różniącym się od typu ruchów wykonywanych na
drabinie Bachara), siłowo-wytrzymałościowym charakterze (a więc żadne
tam łatwo, łatwo, jeden trudny ruch i znowu łatwo, łatwo...itp.),
najlepiej przewieszone, o trudnościach oscylujących wokół 70-80%
naszych maksymalnych możliwości. Po znalezieniu lub ułożeniu (na
sztucznej ścianie) takiej drogi przystępuje się do powtarzania jej w
seriach. Sam trening nie jest jeszcze sam w sobie czynnikiem
wystarczającym. Oczywiście istotną rolę odgrywa odpowiednia dieta,
która stanowi przecież główny punkt zainteresowań niniejszego cyklu.
Jej skład z oczywistych względów przesuwa się w kierunku większej
podaży białka, którego udział może wynosić około 2 g na kilogram masy
ciała. Należy przy tym zadbać również o odpowiednią ilość energii
czerpanej z innych składników pożywienia, głównie węglowodanów, bowiem
synteza białka coś niecoś kosztuje.
Przyjmuje się, iż owo "coś niecoś" wynosi w przybliżeniu 24 kcal na
każdy gram tworzonego w organizmie białka. Nie trzeba chyba
przypominać, iż białko to powinno mieć możliwie najwyższą wartość
biologiczną. Wiemy już, iż najbardziej optymalny skład aminokwasowy
mają dla człowieka białka jaj kurzych. W inne produktach występują
odstępstwa polegające na braku jakiegoś aminokwasu lub jego obecnością
w odbiegającej od wzorca ilości. Porównanie składu aminokwasowego
(zwłaszcza w zakresie aminokwasów niezbędnych) pozwala obliczyć
wskaźnik aminokwasu ograniczającego (w skrócie CS od nazwy w języku
angielskim) i przez odpowiednią kompozycję posiłku "coś z tym fantem
zrobić". Dla przykładu CS dla samego mleka wynosi nieco ponad 60 (mało
metioniny i cysteiny), a - chleba raptem około 29 (aminokwasem
ograniczającym jest lizyna), jednakże połączenie obu produktów w
jednym posiłku w proporcji odpowiednio 60/40 podnosi wartość odżywczą
spożytego w nim białka o kilka punktów. Z oczywistych względów (a
jeśli nie są oczywiste to podpowiadam: szczegółowa wiedza o składzie
produktów spożywczych, czas i wysiłek wkładany w przygotowywanie
pokarmu) najwygodniejsze są tworzone specjalnie z myślą o sportowcach
i wszelkiej maści ludziach aktywnych gotowe produkty (odżywki). Ich
różnorodność pod względem proporcji białka do innych składników
(głównie węglowodanów), wysoka wartość biologiczna, łatwa
przyswajalność, prostota przyrządzania czynią z nich atrakcyjny
dodatek do diety. Być może dlatego jeden z historyków wspinaczki w
Yosemite pisał przed laty, iż podstawą wyżywienia koczujących tam
wspinaczy są odżywki białkowe i masło orzechowe, z których potrafią
komponować cuda. Nie wiem, jakie to cuda można upichcić z odżywki i
masła orzechowego, ale charakterystyczny klekot tabletek
aminokwasowych o ścianki plastikowego słoiczka, dobywający się z
plecaków wielu co bardziej napalonych bywalców skałek, każe
przypuszczać, iż suplementy białkowe stały się elementem i rodzimego
folkloru.
Oczywiście wpływ na procesy anaboliczne rozgrywające się w organizmie
wywierają także inne czynniki związane z odżywianiem (jak chociażby
pewne składniki diety, które mogą wywierać regulujący wpływ na pewne
hormony), ale nie będziemy się nimi szczegółowo zajmować.
Zrzucanie masy
Wobec dość znacznego zagrożenia wspinaczy anoreksją, powinniśmy sobie
wyraźnie powiedzieć, iż zbijać masę mogą tylko ci, którzy naprawdę
mają co zbijać. Mówienie o zagrożeniu anoreksją jest całkiem poważną
sprawą, ale nie będziemy rozwijać szerzej tego tematu. Żeby jednak nie
być gołosłownym przytoczmy zamieszczoną niegdyś w "Climbingu"
wypowiedź niejakiej Stephanie Forte, która obsesję odchudzania
przerobiła osobiście: "Gdy odkryłam skalną wspinaczkę, przestałam się
martwić o wagę czy jedzenie. Byłam zakochana. Wspinaczka dawała mi
poczucie pewności siebie, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczałam.
Wkrótce jednak w skałach i na panelu zaczęłam się czuć skrępowana i
upokorzona z powodu swojego wyglądu. W moim mniemaniu ci, którzy
wspinali się lepiej byli także szczuplejsi. Wciągnięta w tę chorobę
zaczęłam się odchudzać i ćwiczyć aż stracę 10 kg, co postrzegałam jako
drogę do zrobienia 5.12. Mój normalny standard wynosił 5.11a. I w
końcu zrobiłam 5.12a tylko po to, by spędzić miesiące bez zdolności do
wspinania, z kontuzjowanymi barkami, palcami i biodrami (...) Oto
sposób myślenia, który prowadzi cię w to miejsce. Jesteś gruby... nie
jedz. Jesteś wstrętny... nie jedz. Jedzenie to wróg, odchudzanie jest
dobre (...) Czasami jeszcze odzywa się we mnie dzwonek alarmowy, gdy
usłyszę o dziewczynie które waży mniej niż ja, mimo że jest
piętnastolatką. Przypominam sobie jednak natychmiast, że obecnie
wspinam się o 1,5 stopnia lepiej niż, gdy się odchudzałam i nie jestem
dręczona kontuzjami".
Anorexia nervosa, czyli jadłowstręt psychiczny - choroba objawiająca
się tym, że człowiek ma obsesję na punkcie swojej nadwagi i, pomimo iż
przypomina swoim wyglądem to, co zostanie z niego po paru latach
leżenia w grobie, wciąż uważa, że jest za gruby i musi schudnąć. W
praktyce prowadzi do szeregu zaburzeń funkcjonowania organizmu
(depresje, niepokój, zatrzymanie menstruacji itp.), a były i przypadki
śmiertelne.
Skoro już przy chorobach związanych z żarciem, inną z nich, również
"popularną" w środowisku wspinaczy jest bulimia czyli obżarstwo
psychiczne. Dla odmiany polega na tym, że człowiek je bez opamiętania,
po czym dręczony wyrzutami sumienia bierze środki wymiotne lub
usuwające pokarm drugą stroną przewodu pokarmowego. W praktyce nie
tylko męczące, ale i bardzo niezdrowe, gdyż może spowodować
rozszerzenie i pęknięcie żołądka, infekcje układu oddechowego z powodu
wymiotów, infekcje i pękanie przełyku, powiększenie gruczołów
ślinowych, zmiany na dziąsłach, psucie i wypadanie zębów, utrata
elektrolitów
Zbijanie wagi jest więc poważną sprawą, bo wszelkie fluktuacje masy
ciała wywołane zmianami diety, odbijają się nie tylko na składzie
ciała (upraszczając proporcji mas: tłuszczowej i beztłuszczowej), ale
także na procesach metabolicznych, funkcji wydzielania wewnętrznego,
wydolności a nawet psychice. W jednym z poprzednich odcinkach
wspomniałem powiedzonko jednego z naszych kolegów, iż gdy naciągasz
skórę na brzuchu i nie widzisz przez nią własnych butów, oznacza to,
że jesteś za gruby. W istocie, skórka jak pergamin robi często
wrażenie, a gdy słyszy się, że taka Robyn Erbesfield ma 5% tkanki
tłuszczowej (wobec dolnej granicy normy ustawionej o całe 10% wyżej)
aż chciałoby się zakrzyknąć "oto, tajemnica jej sukcesów, róbmy to
samo". Problem w tym, że kwestia podobnych zależności nie jest
bynajmniej tak ewidentna, jak się na pozór wydaje. Przeprowadzone
kiedyś badania na odnoszących sukcesy biegaczkach ujawniły średnią
zawartość tłuszczu na poziomie niecałych 17%, aczkolwiek rozpiętość
obejmowała od 6% do 35%. Nie dysponuję danymi dla wspinaczy, ale
spoglądając na sylwetki z jednej strony takiego Hidetaki Suzuki, z
drugiej Johna Dunne'a, chyba można postawić postulat, że rzecz się ma
podobnie.
Metody odchudzania
Możemy je zasadniczo sprowadzić do dwóch strategii: szybkiej i wolnej.
Szybkie zbijanie masy jest dość popularne wśród różnej maści
sportowców, nie tylko wspinaczy. Nie jest to wszakże postępowanie
najlepsze. Bardzo często sprowadza się do odwodnienia wskutek
obniżenia ilości przyjmowanych płynów i zwiększenia ich wydalania
przez przesiadywanie w saunie, treningi w nieprzepuszczalnych
ubraniach, a nawet, co gorsza, branie środków przeczyszczających. Do
utraty kilogramów wskutek odwodnienia prowadzą także krótkotrwałe,
choć radykalne głodówki. Woda pochodzi głównie z rozpadu glikogenu (z
1 g glikogenu związane jest ok. 3,5 g wody, ale to już świetnie
wiemy). Jak pamiętamy między stopniem uwodnienia organizmu a
sprawnością zachodzą dość ścisłe związki, ponadto odwodnienie powoduje
zaburzenia gospodarki mineralnej, termoregulacji, obciążenie serca,
zmniejszenie pułapu tlenowego itp. W skrajnych przypadkach, zwłaszcza
jeśli stosuje się zakazane farmaceutyki z grupy diuretyków (środki
moczopędne), zbijający masę zawodnik może to uczynić już raz na całe
życie, czyli na parę dni. Z tego typu metodami, choćby nie wiadomo jak
szlachetny był cel (wygranie zawodów o Puchar Pcimia Górnego, pierwsze
prowadzenie nowej VI.3) dajmy sobie spokój! Dla własnego dobra i
czerpania radości ze wspinania przez długie lata.
Podobnie negatywny wpływ może mieć drastyczne ograniczanie
kaloryczności pożywienia. Krótkotrwałe głodówki stosowane raz na jakiś
czas są co prawda uznawane za korzystne dla zdrowia (pozwalają
"oczyścić" organizm z różnego rodzaju zalegających go śmieci), ale
pamiętajmy, iż sport rządzi się swoimi prawami i jeśli taką radykalną
dietę stosujemy w celu pozbycia się paru kilogramów dajmy na to na
tydzień przed zawodami lub prowadzeniem czegoś tam, efekty wcale nie
muszą okazać się korzystne, zwłaszcza na dłuższą metę. Zresztą im
drastyczniejsze zbicie masy tym więcej wysiłku trzeba następnie włożyć
w jej utrzymanie. Dość oryginalną odmianą takiej raptownej strategii
jest ... dieta białkowo-tłuszczowa. Tak, tak to nie pomyłka, owa tzw.
dieta pilotów (nazywana tak, gdyż opracowana w USA z myślą o pilotach,
którzy musieli także dbać o jako taką linię a jednocześnie podjeść
sobie lubili) polega na całkowitym wyeliminowaniu z diety
węglowodanów, a zwiększeniu udziału białek i tłuszczów do około 50%
każde. W efekcie następuje nasilenie metabolizmu oraz lipolizy
(rozpadu tkanki tłuszczowej) i termogenezy (produkcji ciepła, co jak
się nietrudno domyślać wymaga energii) a upośledzenie lipogenezy
(tworzenia tłuszczu). Dietę tego typu zapożyczyli przedstawiciele
dyscyplin siłowych, jak zapaśnicy (robienie wagi przed zawodami) czy
kulturyści (wiadomo, rzeźba), ale po okresie popularności zrezygnowano
z niej z przyczyn zdrowotnych. Obecnie stosuje się pewną odmianę tego
typu diety polegającą jednak na ograniczeniu węglowodanów nawet o
połowę, ale bez całkowitego rezygnowania z nich. Inny schemat zakłada
na tydzień przed zawodami pozostawanie przez pierwsze 3-4 dni na
diecie białkowo-tłuszczowej, natomiast przez 2-3 kolejne na
węglowodanowej.
Najbardziej korzystną z punktu widzenia długotrwałości efektów i
powodowanych w organizmie perturbacji jest rozłożona na okres kilku
tygodni dieta o obniżonej kaloryczności połączona z odpowiednim typem
treningu. Najbardziej odpowiedni jest wysiłek odbywający się w strefie
przemian tlenowych, co w praktyce oznacza jego niewielką intensywność,
ale dość długi czas trwania (minimum 30 minut ciągłego wysiłku, ale
najlepiej godzinę i więcej z częstotliwością 3-4 razy tygodniowo).
Zasadnicza korzyść płynąca z tego typu wysiłku to mobilizacja tłuszczu
jako źródła energii dla pracujących mięśni. Dodatkową korzyścią jest
pobudzający wpływ na uwalnianie hormonu somatotropiny, który wpływa na
syntezę białek ustrojowych i również stymuluje rozpad tkanki
tłuszczowej. Zauważa się również dość korzystne relacje pomiędzy
działaniem somatotropiny i insuliny, których szczegóły możemy sobie
podarować, a których rezultatem jest zahamowanie syntezy tłuszczów.
W odróżnieniu od samej tylko diety redukcyjnej, tak bowiem określa się
zmniejszoną kaloryczność pożywienia w okresie obniżania masy ciała,
połączenie diety i treningu zachowuje w miarę nietkniętą tzw.
beztłuszczową masę ciała oraz nie powoduje obniżenia podstawowej
przemiany materii tj. ilości kalorii, które organizm musi zużyć, by
pokryć zapotrzebowanie energetyczne na podtrzymanie podstawowych
czynności życiowych krążenia, oddychania, termoregulacji itp. Nota
bene grubo ponad połowę naszej codziennej podaży energii idzie właśnie
na PPM. A co to wszystko ma do naszego odchudzania. Otóż, swego
rodzaju adaptacją organizmu do zubożonej w kalorie diety jest
obniżenie poziomu PPM, co w praktyce oznacza obniżenie efektywności
odchudzania, jako że uruchomione zostają mechanizmy zapobiegające
nadmiernej utracie tłuszczu i stabilizację masy. Można temu efektowi
częściowo zapobiegać stosując okresowe wahania w podaży kalorii. Co
jakiś czas na krótko zwiększa się ich spożycie, co wywołuje
zwiększenie PPM. Tak przy okazji warto wiedzieć, iż ze względu na
większy poziom spoczynkowej przemiany materii wyżsi tracą wagę
szybciej niż niżsi a mężczyźni szybciej niż kobiety. Często stosujący
zabiegi odchudzające powinni również wiedzieć, iż kolejne próby
"naznaczone są piętnem" zwiększonej ekonomiczności metabolizmu i
stopnia wykorzystania pożywienia. W pewnym sensie to akurat dobra
wiadomość, gdyż można mniej jeść, by utrzymać masę na danym poziomie.
Omawiana strategia obniżania masy ciała powinna obejmować minimum 2-3
tygodni, a wskazane jest nawet 6-8 tygodni. Pamiętajmy, że aby stracić
pół kilograma tłuszczu ujemny bilans powinien wynieść ok. 3,5 tysiąca
kilokalorii, maksymalna natomiast utrata masy ciała nie powinna
przekraczać jednego kilograma tygodniowo. Przyjmuje się, iż minimum
zawartości tłuszczu w organizmie po zbiciu wagi powinno wynosić 5% u
mężczyzn i 12% u kobiet. Również powrót do normalnej diety powinien
być stopniowy i rozłożony na okres minimum dwóch tygodni.
Dość istotna w zorientowanej na odchudzanie diecie jest jej
kompozycja. Ograniczeniu ulegają przede wszystkim tłuszcze i
węglowodany, nie powinno się natomiast drastycznie ograniczać białka,
wręcz przeciwnie zaleca się nawet spożywanie tegoż na poziomie ok. 1,5
g/kg masy ciała. Co do tłuszczu nie eliminuje się go całkowicie, tym
bardziej, iż niektóre jego postaci (sięgnijmy do odcinka o tłuszczach)
są nie tylko bardzo korzystne dla zdrowia, ale i pomagają w spalaniu
tłuszczu ustrojowego. Takie rybki na ten przykład nie tylko
dostarczają wartościowego białka, ale i korzystnego tłuszczu. Co do
węglowodanów z kolei warto zróżnicować ich ilość w poszczególnych
posiłkach, tak by największe porcje przypadały w ciągu dnia (zwłaszcza
po treningu dla uzupełnienia zapasów glikogenu w mięśniach), a
najmniej przed snem (organizm w czasie snu spowalnia metabolizm w
związku z czym energia łatwiej odkładana jest w tłuszcz). Z pokarmów
węglowodanowych ograniczeniu lub wyeliminowaniu ulegają przede
wszystkim cukier, miód, dżemy, konfitury, słodycze i przeróżnej maści
ciastka, drożdżówki i tym podobne wyroby cukiernicze, suszone owoce
(są one oczywiście tak w ogóle bardzo zdrowe, ale stanowią wyjątkowo
skoncentrowane źródło energii), alkohol (niestety, jest on dość
kaloryczny). Wbrew pozorom nie należy całkowicie eliminować chleba
(zwłaszcza ciemnego), makaronów, ziemniaków czy ryżu. Zaleca się
natomiast kalafiory, marchew, kapustę, buraki, pomidory, ogórki,
sałatę, szparagi a z owoców pomarańcze, grejpfruty, jabłka, truskawki,
maliny.
Dość często wykorzystywanymi w sporcie (i nie tylko) są różne
preparaty, które wspomagają proces pozbywania się nadmiaru tłuszczu
(chociażby na drodze zwiększania dostępności do tłuszczowych magazynów
organizmu) lub utrudniając jego wchłanianie z pożywienia. W obrębie
tych pierwszych do najbardziej popularnych należy bez wątpienia
karnityna, występująca głównie w mięsie zwłaszcza owczym (ponad 290
mg/100 g), jagnięcym (około 89 mg/100 g) i wołowinie (ponad 69 mg/100
g), ale także w drożdżach i mleku krowim. Owoce (może z wyjątkiem
awokado), warzywa i ziarna zbóż zawierają jej dość mało - z tego
zresztą względu suplementacja nią jest szczególnie zalecana u
wegetarian. Funkcję karnityny można w skrócie opisać jako zwiększanie
stopnia wykorzystania wolnych kwasów tłuszczowych wskutek polepszenia
ich transportu do mitochondriów. Chociaż karnityna może być wytwarzana
w organizmie (z lizyny i metioniny przy obecności żelaza oraz witamin
C, B6 i PP produkują ja nasze poczciwe nereczki) u osób aktywnych,
zwłaszcza specjalizujących się w wysiłkach wytrzymałościowych lub
zrzucających nadmiar tłuszczu zaleca się przyjmowanie dodatkowych jej
ilości. Zalecane dawki oscylują wokół 1-3 g przyjmowanych na 30 minut
(jeśli dysponujemy formą płynną) lub 3-4 godziny (jeśli ma postać
tabletek) przed treningiem. Ponieważ karnityna wchłania się z przewodu
pokarmowego dość wolno, niektórzy zalecają raczej dzielenie
wspomnianych dawek na trzy mniejsze i przyjmowanie ich w ciągu całego
dnia. Wśród popularnych związków, z których korzysta się w procesie
odchudzania znajduje się również znana dobrze z "małej czarnej"
kofeina. Również i ona wspomaga proces wykorzystywania tłuszczu jako
źródła energii i dlatego zwykło się wypijać szklankę kawy przed
treningiem. Niezależnie od wyżej wymienionych rynek oferuje także
specjalne odżywki typu Fat Burnery, których zadaniem jest jak
najlepsze utrafienie w gusta wybrednych zbijaczy kilogramów.
Do drugiej grupy związków wykorzystywanych w walce z tłuszczem należą
takie, które nie tyle wpływają na już istniejące zasoby tłuszczowe
organizmu, co na jego wciąż nowe dostawy w spożywanym pokarmie. O
jednym z nich, chitosanie, pisaliśmy w jednym z poprzednich odcinków
(zob. Góry 5/1999). Przyjmowany w ilości najczęściej 0,7-2 g przed
posiłkiem związek ten wiąże znaczne ilości tłuszczu blokując proces
jego wchłaniania. Do specjalnych specyfików o podobnym działaniu
należy Fat Blocker.
A tak na zakończenie powtórzmy, iż zrzucić parę zbędnych kilogramów to
niezła sprawa, o ile faktycznie są one zbędne. I nie dajmy się zwieść
czyimś deklaracjom. Nie spotkałem jeszcze wspinacza, który nie
twierdziłby, że nie jest za gruby. Zresztą co tu dużo mówić, sam w
końcu jestem za gruby i co rusz krytycznym okiem spoglądam na
spowijające mój brzuch fałdy tłuszczu...